Gdy
zginie całe zło
co będzie
kto zgadnie kto
zazdrość pęknie z zazdrości
głupota utonie w mądrości
obłuda wstydem spłonie
Gdy
zginie całe zło
co będzie
kto zgadnie kto
zazdrość pęknie z zazdrości
głupota utonie w mądrości
obłuda wstydem spłonie
Dla nas Panie
po ziemi chodziłeś
i ludzi nauczałeś
przychodzili do Ciebie
byś uzdrowił ich chorych
co wiarę mieli
pocieszałeś strapionych
by nie płakali
Mało ją cenisz
gdy tuż obok ciebie
Nie czujesz szorstkości jej spracowanych rąk
Nie słyszysz zmęczonego oddechu
Nie dostrzegasz pochylonych pleców
Choć w poplątanym świecie
serce człowiek gubi
jego cząstka ukryta
delikatnie skrycie bije
stąd i miłość
w rąk dobroci
w ludzkim naturalnym odruchu
w czułości
co uściskiem ramion
Październikowa jesień
Jesień lodowata przyszła
szarą kredką z dziecięcego piórnika malowana
z gęstą mgłą
bezszelestnie sunącą niczym wielki wąż
długim językiem z kropelek rosy
uśpioną jeszcze ziemię oplata
z deszczem spływającym
strugą rzeki z niebieskiej góry
płatkami śniegu
niczym zimnymi szpileczkami